piątek, 26 lipca 2013

Trzy kolory: papryka – czyli upadły mit

Być może słyszeliście kiedyś taką pogłoskę, że papryka, jako jedyne warzywo, nie traci podczas gotowania witaminy C? Ani podczas gotowania, ani podczas odgrzewania. Było to popularne stwierdzenie kiedyś. I właściwie dobrze, bo przyczyniło się do popularyzacji papryki w naszym kraju. Niestety, obecnie wiemy, że to nieprawda J Ale w żadnym stopniu to papryce nie ujmuje, bo papryka – to prawdziwa Potęga. I to każda papryka, i właściwie w każdej postaci. A jeść ją można na wiele sposobów, tak, że małe są szanse, że nam się znudzi.
Skąd papryka w ogóle mi się wzięła jako pomysł na wpis? Ostatnio zapytano mnie o zupy (w kursie jest tylko jeden przepis na zupę, bo ja zasadniczo raczej zup nie gotuję). I przypomniało mi się, że mam jeden, który czasami zdarza mi się przyrządzić, łatwy, szybki i absolutnie przepyszny (efekt końcowy, nie sam przepis J ). Moi najbardziej wymagający smakosze, czyli dzieci, które uciekają od jedzenia jak oparzone, zatwierdzają jakość: jedzą to chętnie.
Przepis będzie na końcu. A teraz trochę o papryce. O tej pikantnej już pisałam, jej wartość tkwi w kapsaicynie i warto się do niej przekonać, ale powtarzać się nie będę, to wpis "Na ostrrro". Teraz o papryce słodkiej, pięknej, kolorowej.
 
Każda z nich posiada olbrzymią zawartość witaminy C: czterokrotnie więcej niż cytryna! I do tego rutynę, czyli po co nam jakieś suplementy? Mowa oczywiście o papryce surowej. Przy przeziębieniu, zamiast łykać wiadome, żółte tabletki lepiej przegryźć czerwoną paprykę. Do tego witaminy E, K, z grupy B, beta-karoten oraz potas, wapń, fosfor, magnez. Oraz karotenoidy, kapsaicynoidy oraz flawonoidy. To są potężne przeciwnowotworowe związki.
Obecnie naukowcy szukają jakiegoś sposobu na oporność wielolekową, która dotyczy większości nowotworów. Oporność wielolekowa (MDR) opiera się na wielu mechanizmach, z których najlepiej poznany jest  związany z podwyższoną ekspresją błonowych białek transportowych nowotworów. W skrócie polega to na tym, że wspomniane białka usuwają leki z komórek raka. To oczywiście bardzo znacznie obniża skuteczność chemioterapii. Obecnie szuka się rozwiązania tego problemu między innymi – i to skutecznie – w nanotechnologii (artykuł o nanotechnologii jest na mojej stronie). Ale zanim takie leki wejdą w życie, zwłaszcza u nas, minie chyba jeszcze trochę czasu. Natomiast istnieją oczywiście naturalne związki, które działają jak inhibitory MDR (czyli działają hamująco na mechanizmy jej działania). Są to między innymi: kapsantyna i kapsorubina – karotenoidy izolowane z papryki, które zostały zidentyfikowane jako silne inhibitory. Z badanych związków wyabstrahowanych z różnych roślin, te dwa okazały się najsilniejsze.
Jak wszędzie i zawsze zaznaczam, ja zajmuję się prewencją nowotworów. Ale wobec zaistniałych dowodów trudno się powstrzymać przez doradzaniem chorym poddawanym terapii cytostatykami jedzenia papryki. Oczywiście NIE jako leku, ale jako substancji zawierającej związki mogące zwiększać skuteczność chemioterapii. I oczywiście – pamiętajmy o umiarze.
A którą paprykę wybrać, skoro wybór jest olbrzymi i w kwestii koloru i wielkości? Najlepiej każdą J Czyli raz jedną, raz drugą. Dla kogo ostre papryczki są zbyt ostre, polecam harisę – to taka, jakby pasta z ostrej papryczki, można jej dodać nawet niewiele do potraw, wtedy raczej wzbogaci niż zaostrzy smak, a korzyści zdrowotne odniesiemy. Papryka czerwona zawiera najwięcej ze wszystkich witaminy A oraz C i wspomnianą już rutynę. Papryka zielona zawiera sporo kwasu foliowego – niezwykle ważny zwłaszcza dla pań w ciąży i planujących dziecko i witaminy E. A papryka żółta dostarczy nam również sporo witaminy E oraz luteiny.
 
Niech papryka, każda, bądź jakakolwiek, zawsze wyląduje w naszym zakupowym koszyku. A jak już nie mamy żadnego pomysłu, co z nią zrobić, wystarczy umyć, pokroić i położyć na talerzu z kanapkami.
A teraz obiecany przepis:
3 żółte papryki, 1 ziemniak, 1 duża cebula, 3 ząbki czosnku, 125 gram gęstej śmietany albo kremowego serka (opcjonalne), pół łyżeczki sproszkowanego imbiru, 2 łyżeczki ostrej, mielonej papryki, pół łyżeczki kurkumy, 3 łyżki oliwy, łyżeczka suszonego tymianku, 2 liście laurowe, sól do smaku.
W garnku rozgrzać oliwę. Wrzucić cebulę, krótko podsmażać na średnim ogniu. Dodać czosnek, liście laurowe i tymianek, przykryć garnek i dusić 10 minut. Z umytych papryk wyjąć pestki, papryki pokroić na kawałki, wrzucić do garnka i dalej dusić 15 minut. Wlać 750 ml ciepłej wody, posolić, dodać obrany i pokrojony ziemniak oraz imbir. Zmniejszyć ogień i gotować 20 minut. Wyciągnąć liście laurowe i zmiksować zupę z serkiem (jeśli używacie). Zupę już na talerzach posypać ostrą papryką. Można doprawić do smaku cytryną.
 
Smacznego i specjalne pozdrowienia dla Pani Eweliny J

sobota, 13 kwietnia 2013

Każdy banan ma trzy końce



Zacznę od kajania się. I przeproszenia wszystkich moich nielicznych znajomych na Facebooku za propagowanie nieprawdziwych informacji. Zdarzyło mi się to. Jakiś czas temu jedna ze stron, którą cenię za działalność, zamieściła informację o tym, że takie brązowe miejsca w bananach mają silnie przeciwnowotworowe właściwości. Zgadzało się to z moją wiedzą, że najzdrowszy banan to dojrzały banan, taki właśnie już z brązowymi miejscami na skórce. I bezmyślnie umieściłam taką informację na swojej tablicy. Po czym, zaczęłam ją sprawdzać.



Cóż… Napiszę krótko – to nieprawda. To o bananach. Zresztą, napiszę nieco dłużej – nie ma solidnych badań, które potwierdziłyby coś takiego. Kilka osób, bodajże z Japonii, jeśli dobrze pamiętam, przeprowadziło coś na kształt badania, otrzymali „rewelacyjne” wyniki, które udało im się opublikować tylko w jakimś miejscowym czasopiśmie. Nie widziałam ich, tych wyników, bo badanie jest najwidoczniej tak nierzetelne, że nawet nie znalazło się w MedLinie (baza artykułów naukowych z całego świata).

Jak wszędzie i zawsze powtarzam, niepotwierdzone hipotezy mnie nie interesują. Póki co, żadne szczególne miejsce w bananie nie jest „zabójcą raka”, jak to było opisane przy Facebookowym zdjęciu.

To jest jeden koniec banana – nie jest on cudownym lekiem.

Ale z drugiej strony banan jak najbardziej zalicza się do przeciwnowotworowej żywności. Nie tak spektakularnie, ale z całą pewnością warto go mieć w diecie, może nie codziennej (ważna jest rozmaitość przecież), ale cotygodniowej. 

Co takiego dobrego posiada banan? Bardzo dużo w liczbie, mniej w ilości poszczególnych składników. Z tych takich bardziej oczywistych: błonnik, fosfor, żelazo, potas, beta karoten, witaminy: B1, B2, C i niacyna. 

Banan zawiera tez rzeczy, o których mniej się mówi, a mają nieliche przeciwnowotworowe działanie. 

Rzecz pierwsza: melatonina. Hormon, który jest polecany przed spaniem. Aby zasnąć :)
Napisałam, że jest polecany, tak, jakby można było go łyknąć, a przecież hormony się wytwarzają. Ale po pierwsze, owszem, melatoninę można łykać w tabletkach (czego nigdy nie polecam, żadnych suplementów), po drugie możną ją spożyć albo poprzez zjedzenie w produktach spożywczych bezpośrednio (gotowa melatonina), albo pośrednio (wytworzy się w przewodzie pokarmowym pod wpływem i ze spożytych produktów).
Jedząc banany dostarczamy sobie melatoninę. A okazuje się, że ma ona właściwości antyoksydacyjne, poza tym wzmacnia odporność naszego organizmu – dwa bardzo ważne antyrakowe działania!

Owszem, to dopiero początek badań na drodze melatonina – rak, ale bardzo obiecujący.
Jeśli chodzi o melatoninę, to banan wykazuje wręcz porażające działanie.
Zobrazuję to liczbami: u zdrowego człowieka stężenie melatoniny w ciągu dnia wynosi od 5-20 pg/ml. W nocy, w „godzinach szczytu”, od 80 dp 200 pg/ml (melatonina reguluje nasz rytm dobowy). Jak widać, w ciągu dnia wydzielanie tego hormonu mamy malutkie. A co się dzieje po zjedzeniu banana?

A właściwie po dwóch :) Po zjedzeniu dwóch bananów, po 120 minutach stężenie melatoniny wzrosło do 140 pg/ml (ze „średniej wyjściowej” 32 pg/ml). Znaczny wzrost, prawda? Znacznie wzrosła też zdolność przeciwutleniająca surowicy krwi.

O melatoninie można by naprawdę dużo pisać, a ciągle jeszcze jest słabo poznanym hormonem. Wracamy do bananów i ich zawartości:

Lektyny, czyli jedno wielkie WOW.

Lektyny to związki, którymi mogą być białka, albo glikoproteiny. Właściwie stanowią temat rzekę, a nadal dają duże pole do badań – wiemy o nich już dużo, ale znacznie więcej jeszcze o nich nie wiemy. A właściwie o ich działaniu. Wiemy, że mogą być szkodliwe – np. gluten jest lektyną, a wiadomo, że alergia na gluten to dziś rzecz niestety często spotykana. Większość z lektyn może wykazywać toksyczność w pewnych warunkach, dlatego należy do nich podchodzić ostrożnie, na pewno nie objadać się jakąś rzeczą tylko dlatego, że zawiera lektyny (a występują w takich pokarmach jak pszenica, soja, kukurydza, pomidory, orzeszki ziemne, fasola, groch, soczewica, grzyby, ryż, ziemniaki i król dzisiejszego wpisu – banan). 

Z ostrzeżeń i ostrożności to tyle, a teraz o jasnej stronie mocy lektyn. Odkryto, że posiadają bardzo silne przeciwnowotworowe właściwości i to praktycznie na każdym polu, czyli w skrócie: mogą prowadzić do zahamowania angiogenezy (czyli tworzenia przez guza własnej sieci naczyń krwionośnych), działają stymulująco na układ odpornościowy (konkretnie na podział limfocytów T), wreszcie powodują apoptozę (obumieranie komórek raka). To w skrócie, gdyż oczywiście niektóre lektyny wykazują takie działanie w przypadku różnych typów nowotworów. I mówimy tu o rzetelnych podstawach do stawiania takich wniosków, gdyż są poparte zarówno badaniami In vitro, jak i In vivo, jak również badaniami na ludziach (to brzmi jak z horroru, ale chodzi o zwykłą „analizę przypadku” – jak dieta w danej populacji wpływa na stan zdrowia, bądź badania jednostkowe).

Jak mówię, ostrożności nigdy za wiele i opis każdego badania na temat „rak i lektyny” kończy się stwierdzeniem, że wyniki są bardzo obiecujące, ale dalsze badania są konieczne, co nie zmienia faktu, że na pewno warto mieć w swojej diecie pokarmy zawierające lektyny, gdyż ich właściwości antyrakowe wydają się być bardzo silne.

To był drugi koniec banana – że zalicza się do pokarmów przeciwnowotworowych.



Ale jest i trzeci koniec: banany przyczyniają się do powstania raka u wielu, wielu ludzi… tylko, że nie wśród nas (chyba, że jemy banana razem z niemytą skórką). Niestety, to prawda. Smutna, ciężka i bardzo niewygodna, bo nie wiadomo co z nią zrobić.

Posłuchajcie, poczytajcie:

Przy uprawie bananów stosuje się bardzo silne pestycydy. Są one w miarę nieszkodliwe dla tych, którzy banany zjadają, bo gruba skórka banana dobrze je izoluje (pod warunkiem, że przed obieraniem bananów dokładnie je umyliśmy gorącą wodą z detergentem). Ale są bardzo szkodliwe dla tych, którzy są ustawicznie narażani na ich działanie w pracy – dla pracowników fizycznych zatrudnianych przy uprawie bananów. Natrafiłam na kilka bardzo nieprzyjemnych we wnioskach badań na ten temat, wszystkie dotyczyły kostarykańskich upraw, nie wiem dlaczego, ale wątpię, aby gdzie indziej takich pestycydów nie stosowano i podejrzewam, że jest to problem dotyczący wszelkich upraw bananów. Wyraźnie wykazano, że pestycydy stosowane w uprawach bananów są genotoksyczne i powodują wiele różnych dolegliwości, od bólów głowy zaczynając, poprzez posocznicę, na nowotworach kończąc. 



Cierpię, kiedy o tym myślę. Częsty to przypadek, że ludzie, biedni ludzie pracują w warunkach bardzo szkodzących ich zdrowiu, bo nie mają wyjścia, bo muszą zarabiać aby utrzymać swoją rodzinę i siebie. Okrutny to świat, w którym jedni ludzie powodują takie rzeczy i się nimi nie przejmują, bo dzięki temu zarabiają dużo pieniędzy. Mam ty oczywiście na myśli właścicieli owych plantacji na jednym końcu, a na drugim właścicieli supermarketów wymuszających coraz niższe ceny na producentach (którzy tną koszta obcinając i tak już głodowe pensje pracowników). A przecież to są ich bracia i siostry, ich tak samo jak i nasi. Co z tego, że nie znam osobiście nikogo z nich. Czuję się tak, jakbym dowiadywała się o chorobie i śmierci bliskiej mi osoby. 

A co my mamy z tym zrobić? Przestać jeść banany? Przecież to nie rozwiąże problemu, nawet, gdyby nasz skromny bojkot bananów miał jakikolwiek realny skutek. Wątpię, żeby ludzie pracujący na tych plantacjach byli zadowoleni z tego, że zabiera się im jedyne źródło utrzymania. Wolą chorować niż patrzeć, jak ich rodziny głodują i to jest oczywiste. Założyć fundację „Koniec z używaniem pestycydów na plantacjach bananów!”? Właściwie to by było najlepsze i mam nadzieję, że ktoś wkrótce odkryje w sobie taką życiową misję. Ja jej nie sprostam. 

Po co więc w ogóle o tym piszę? Abyście wiedzieli. Po prostu. Ci ludzie, którzy każdego dnia w pracy powodują takie szkody w swoim organizmie zasługują na to, aby o nich wiedzieć. I o ich cierpieniach. 

To by było na tyle o trzech końcach banana.

wtorek, 15 stycznia 2013

Zegar tyka...



Nie chodzi mi o starzenie się :)
 
Mam w domu taki zegar, który pędzi jak mały parowozik – jego sekundowa wskazówka  porusza się jakieś dziesięć razy w ciągu sekundy. I ja czuję się, jak ten zegar: szybko, szybciej, zrobić jak najwięcej… Wolałabym, żebym ja mogła się poruszać dwa razy szybciej, a zegary dwa razy wolniej… I cały czas te wyrzuty sumienia, że nie poświęcam dzieciom tyle czasu, ile potrzebują, a i tak nic nigdy nie jest zrobione, jak należy. I żal mi każdej sekundy straconego czasu, kiedy muszę na coś czekać. Myślę sobie, że tu stracona minuta, tam dwie, tu pół minuty i już mogłabym w tym czasie zrobić coś pożytecznego.


Brzmi znajomo?

Dziwne to właściwie trochę. Bo to, że świat dzisiaj pędzi o wiele szybciej, niż kiedyś, to fakt. Kiedyś żyło się jakoś wolniej, a przecież było dużo więcej do zrobienia. Kiedy sobie pomyślę, że mam tyle ułatwień w życiu, jak by to miało wyglądać bez pralki, kuchenki, zmywarki, prysznica, blendera, odkurzacza, lodówki, zamrażarki, samochodu czy też autobusu, sztucznych pieluch, to zgroza mnie ogarnia. Jak te kobiety dawały kiedyś radę?!? Zupełnie sobie nie wyobrażam, że miałabym np. wcisnąć w mój dzień codzienne pranie i prasowanie jakichś 40 pieluch. No nie, doba ma tylko 24 godziny, a czasami trzeba jednak spać. Choć trochę.

No wiec nasze babki miały jeszcze więcej pracy niż my i to cięższej (tak wiem, większość z nas pracuje zawodowo, ale prawda jest taka, że praca zawodowa przy zajmowaniu się domem i dziećmi to czysty relaks. Proszę się nie oburzać, tylko zapytać kogokolwiek, kto doświadczył jednego i drugiego, odpowiedź jest jedna. Może i są prace równie wyczerpujące psychicznie, np. kontroler lotów -  fizycznie już nie, ale i tak, nawet w takiej pracy ma się przynajmniej prawo do przerwy, w czasie której można spokojnie zjeść posiłek, bez wierzgającego w rękach niemowlęcia i prowadzenia negocjacji z drugim dzieckiem na temat jedzenia warzyw. Albo można iść do toalety bez słuchania wrzasków uwięzionego w kojcu malca i drugiego stukającego w drzwi „puk puk, mamo, to ja!”. I jeszcze dbają o to, abyś się wysypiał) i jakoś tak nie walczyły z zegarem, jak my. Czasu nie ma, nie ma i już.

Dygresje i rozważania filozoficzne na bok. Czasu nie ma, a zdrowe życie wymaga od nas dodatkowych jego  nakładów i trzeba to jakoś pogodzić. W jednej windzie znalazłam doskonały napis reklamowy jakiejś siłowni czy czegoś takiego: kto nie ma czasu na zdrowe życie, będzie musiał znaleźć czas na choroby. Taka prawda.
Być może na spokojnej emeryturze uda nam się zwolnić. Przygotowywać prawdziwe „slow food”, wysypiać się, uprawiać jogę godzinami i inne takie, ale aby mieć taką spokojną (czyli bez chorób) emeryturę, musimy do niej dotrwać w zdrowiu. Czyli różnymi szybkimi sztuczkami postarać się żyć zdrowiej. Oczywiście, nie będę sobie odbierać chleba, szczegóły na ten temat są w kursie  :)

Ale pomyślałam, że dla tych najbardziej zabieganych podam przykłady, jak bez żadnych nakładów czasowych uczynić nasze śniadanie zdrowym i antynowotworowym.

Na śniadania zasadniczo jemy albo coś w rodzaju płatków z dodatkiem mlecznym, albo kanapki. Rada dla tych pierwszych:

Na poziomie zakupów: NIE kupujemy gotowych mieszanek śniadaniowych. Oczywiście możemy poświęcić czas i posprawdzać dokładnie skład i wybrać takie, które nie będą zawierały tony cukru. Rozwiązanie czasochłonne. Rozwiązanie NIEczasochłonne: zamiast gotowych płatków śniadaniowych bierzemy płatki owsiane, możemy również sięgnąć po różne dodatki, typu rodzynki, suszone daktyle itp., w żadnym wypadku nie brać kandyzowanych owoców (zawsze mają dużo cukru).

Na poziomie przygotowania:  wieczorem, przed pójściem spać nasypujemy do miseczki płatków owsianych, zalewamy wrzącą wodą na tyle, aby je zakryć i zostawiamy. Rano dolewamy mleka albo wody, aby uzyskać gęstość, jaką lubimy i możemy dosypać, co chcemy. Jeśli chcemy, aby owsianka była słodka, dodajemy syrop z agawy (obecnie można go dostać chyba już we wszystkich supermarketach) albo ksylitol. I mamy super zdrowe śniadanie.


Rada dla tych, którzy wolą kanapki. 

Na poziomie zakupów: nie kupujemy białego chleba ani bułek, tylko sięgamy po chleb pełnoziarnisty (sprawdźmy, jeśli to możliwe, jego skład. O chlebie więcej we wpisie „Chleb nasz powszedni”). Ideałem byłoby, gdybyśmy kupili masło organicznie, zamiast zwykłego. Omijamy stoisko z wędlinami. Kupujemy żółty ser, białe serki naturalne, rybki w puszce (mogą być w oleju, tylko ważne, aby był to olej rzepakowy, albo oliwa z oliwek, a nie słonecznikowy). 


Na poziomie przygotowania: w domu smarujemy chleb powyższymi dodatkami, z rybek możemy przyrządzić pyszne pasty (jej różnorodność smakowa zależy od tego, ile czasu mamy, jeśli w ogóle, to wystarczy je rozgnieść widelcem z przyprawami).

To taka mini ściąga. Jak widać, aby uczynić nasze śniadanie zdrowym, nie potrzebujemy w ogóle nadkładać czasu. Zmiana wydaje się niewielka, ale efekt jest wielki. 

Trzy najważniejsze przykazania śniadaniowe:

1    Nie kupujemy gotowych „płatków - mieszanek śniadaniowych”, chyba, że sprawdziliśmy skład i wiemy, że nie zawierają dodatku cukru 
2.      Nie kupujemy wędlin. W OGÓLE 
3.    Nie kupujemy białego pieczywa (no, od święta można, byle nie na co dzień). Kupujemy tzw. ciemne, a najlepiej pełnoziarniste.

Skoro zaoszczędzamy na wędlinach, to może uda się kupować przetwory mleczne pochodzenia organicznego? Naprawdę warto wprowadzić taką zmianę. I to bardzo.

Dziś udało mi się wygrać z zegarem i po dłuuugiej przerwie, zamieścić post… jakie szczęście! Mam nadzieję, że to początek lepszego i z powrotem uda mi się zamieszczać wpisy regularnie.

A ten zegar mi tyka i tyka, i powoli doprowadza mnie do szału. Chyba mu wykręcę tą sekundową wskazówkę. On się nade mną tyle znęcał, teraz ja się poznęcam nad nim (oczywiście, jeśli znajdę czas, żeby to zrobić…)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Józef K. jak kawa


Pamiętacie „Proces” Kafki? Dla przypomnienia: Józef K., człowiek, który nagle dowiaduje się, że jest oskarżony, ale nie wie ani o co, ani przez kogo i nie może się przebić przez mur kancelaryjno-urzędniczy. Tak naprawdę kwestia: jest winny czy nie, nie ma dla nikogo żadnego znaczenia: wiadomo, że Józef K. jest winny. Wszyscy to wiedzą.

Tak samo jest z kawą. Na kawoszy patrzy się podejrzliwe, niekiedy ze wzgardą, że nie potrafią się powstrzymać od picia ulubionego napoju, że świadomie szkodzą swojemu zdrowiu. Gdyby zapytać, czemu uważają, że kawa jest szkodliwa, usłyszałoby się odpowiedź: „przecież wiadomo, że kawa jest szkodliwa. To używka. Wszyscy to wiedzą”.

Może i wszyscy, ale jak to było u Sapkowskiego: lepiej należeć do niektórych niż do wszystkich.

Co na temat kawy mogą powiedzieć niektórzy:
Kawa nie jest używką. Kawa nie uzależnia. Owszem, niektórzy nie wyobrażają sobie życia bez kawy, ale to nie znaczy, że są od niej uzależnieni. Większość z nas nie wyobraża sobie życia bez chleba i to również nie oznacza, że jesteśmy od niego uzależnieni. Kawa nie uzależnia i tyle w tym temacie.

Moją specjalnością są nowotwory, więc nie śledzę wyników badań nad korzystnym wpływem elementów żywności w przypadku innych chorób, ale rzuciłam na to ostatnio okiem. Po pierwsze, okazuje się, że kawa może mieć pozytywne działanie w szeregu różnych rzeczy, głównie w przypadku chorób wieńcowo-naczyniowych. Zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę typu drugiego. Ponieważ jednak kofeina zawarta w kawie rzeczywiście może podwyższać ciśnienie (nie każdemu, zależy to predyspozycji genetycznych) ostrożnie do kawy kofeinowej powinny podchodzić osoby z nadciśnieniem. Zresztą, jeśli dysponujemy ciśnieniomierzem, możemy sami sprawdzić, czy kawa nam podwyższa ciśnienie. Albo wprosić się na filiżankę kawy do kogoś posiadającego ciśnieniomierz i zmierzyć sobie ciśnienie przed wypiciem kawy i po. 

W ogóle, jeśli boimy się tej kofeiny, możemy pić kawę bezkofeinową – to nie kofeina ma te korzystne dla naszego zdrowia działanie, tylko szereg innych składników.

Z tą kawą to w ogóle jest dziwna historia. Ponieważ „wszyscy wiedzieli”, że kawa jest szkodliwa, nikt się nią zajmował pod kątem, jakie korzystne działanie dla naszego zdrowia może mieć. I dlatego stosunkowo niedawno zostały odkryte takie części składowe kawy, które mają fantastyczny wpływ na nas. Ale o tym za chwilę.

Kawę zaczęto podejrzewać o to, że nie jest aż tak czarnym charakterem, jak się wydaje, przy okazji innych badań. Po wywiadach z osobami badanymi na temat ich zdrowia i nawyków żywieniowych coś  się badaczom nie zgadzało. A mianowicie osoby, które ze względu na swój tryb życia powinny mieć murowaną chorobę serca, jej nie miały. Wyniki się nie zgadzały i trzeba było poszukać tajemniczego czynnika X, który by odpowiadał za taką różnicę: że nie wszystkie osoby prowadzące niezdrowy tryb życia (pisząc ogólnie, badacze wyszczególniali czynniki ryzyka, oczywiście z paleniem na czele), że niektórzy z takich ludzi nie chorowali na serce. Więcej niż niektórzy – całkiem spora grupa ludzi. Z wywiadów wynikało, że tym tajemniczym czynnikiem X może być czarna kawa…
Ale oczywiście nikt w to nie chciał wierzyć. Dużo wody jeszcze upłynęło i wiele badań przeprowadzono, zanim jednoznacznie stwierdzono, że czarna kawa, pita w odpowiednich ilościach ma korzystny wpływ na nasze zdrowie: w przypadku chorób sercowo-naczyniowych oraz ma  działanie przeciwnowotworowe.

Jakie to niesamowite,  że nawet w dzisiejszych czasach nauka może nas tak zaskakiwać i możemy dowiadywać się tak dla nas zadziwiających rzeczy. 

„Nauka to największy romans wszechczasów”, jak powiedział Herkules Poirot. I tak jest w istocie. Przez wieki wyszydzana, ale i podziwiana oraz pożądana, uważana za złą nawet przez tych, którzy nie mogli jej się oprzeć… I wreszcie, po latach, ludzie dowiadują się prawdy na jej temat… W dramacie bądź filmie, wszyscy by jej padli na szyję i oblali się łzami wzruszenia, przepraszając ją za wszystkie złe posądzenia. W życiu wygląda to tak, że jeszcze przez wiele lat będą pokutować złe sądy na temat kawy.

No dobra, dramat na bok, wracamy do badań. Co takiego czyni tę kawę taką zdrową?
Szereg substancji. Oczywiście najpierw podejrzewano o to kofeinę, ale okazało się, że jednak nie. Kawa zawiera jednak mnóstwo innych pożytecznych rzeczy: z najważniejszych to polifenole, melanoidyny, diterpeny.

Na przykład taki kwas chlorogenowy – to polifenol. Ma szerokie spektrum działania: przede wszystkim to silny przeciwutleniacz. Poza tym obniża wchłanianie cukrów w przewodzie pokarmowym. Może mieć (to wymaga jeszcze potwierdzenia w dodatkowych badaniach) działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Znajdziemy go nie tylko w kawie, ale również np. w suszonych śliwkach.

Cafestol i kahweol – diterpeny zawarte w kawie. Również mogą się pochwalić licznymi antyrakowymi właściwościami: obniżają genotoksyczność kilku substancji rakotwórczych. W badaniach laboratoryjnych zaobserwowano, że prowadzą do apoptozy (obumierania) komórek rakowych np. złośliwego międzybłoniaka opłucnej. Mają też działanie antyangiogeniczne (powstrzymują proces przyłączania sobie przez nowotwór nowych naczyń krwionośnych). 

Już wiadomo, że ogólnie rzecz biorąc, kawa przeciwnowotworowe właściwości ma. Ale czy każda i w jakim stopniu?
Otóż nie każda. Wszystkie powyższe rzeczy odnoszą się do kawy parzonej ciśnieniowo - espresso, bądź, nazwijmy to parzonej tradycyjnie, na sposób arabski. I oczywiście, mówimy o kawie czarnej. Podkreślę to dla wyrazistości – czysta kawa bez mleka. Kawa filtrowana (z ekspresów przelewowych)  jest gdzieś na średniej pozycji – duuużo mniej wartościowa. A o pseudokawie rozpuszczalnej w ogóle nie ma co wspominać. Zero.

I jeszcze jedna sprawa  jak to z nowotworami bywa, nie wszystko działa na wszystko. Różne produkty wykazują działanie antyrakowe na różne typy nowotworów. Jak już pisałam, to jest dopiero początek badań nad kawą w odniesieniu do nowotworów, ale już jakieś dane mamy.

Podam kilka przykładów:
Spożycie co najmniej 4 filiżanek kawy dziennie zmniejsza ryzyko zachorowania na raka jelita grubego. Oraz agresywnego raka prostaty (ale nie raka prostaty ogólnie).

O złośliwym międzybłoniaku opłucnej już pisałam.  Dodam tylko, że jest to bardzo agresywny nowotwór o bardzo złym rokowaniu. 

Ogólnie rzecz biorąc, spożycie kawy wiąże się ze zmniejszonym ryzykiem zachorowania na raka pęcherza, piersi, policzków i gardła, trzonu macicy, przełyku, wątroby, trzustki oraz białaczki.

Na razie tyle. Dalsze badania w toku.Kiedy pisałam mój kurs, kilka lat temu, były to zaledwie zalążki, a teraz proszę, ile się zmieniło...

Jest jeszcze kwestia ilości. I jest to niestety sprawa bardzo skomplikowana. Filiżanka kawy – rzecz zmienna. We większości badań było to espresso czyli mała filiżaneczka kawy. Jeśli badania dotyczyły kawy filtrowanej to 150ml. Poza tym ile tych filiżanek dziennie?  Wyniki badań przyprawiają tu o lekki zawrót głowy. W jednych jest to powyżej 8 filiżanek dziennie, aby wynik był istotny statystycznie. W innych 2, 3 filiżanki. Ale tylko u kobiet, bo u mężczyzn już powyżej 5 filiżanek. W niektórych badaniach wyniki badań statystycznych są istotne w przypadku grupy pijącej poniżej jedną filiżankę dziennie, jedną dziennie i powyżej 4 dziennie, ale już nie dla grupy osób pijących 2, 3 filiżanki dziennie. W jednych badaniach skuteczność wykazywała kawa kofeinowa, w innych bezkofeinowa. I tak dalej, naprawdę, zgłupieć można.  Ale na ogół – i naukowcy zgadzają się co do tego, że jest to ilość zalecana: antyrakową korzyść z kawy odniesiemy pijąc 4 do 5 filiżanek kawy dziennie.

Wyjaśnię, skąd takie rozbieżności w badaniach: badania tego typu, badania porównawcze, są dość trudne w analizie i wyciąganiu wniosków. Jest cała masa czynników, które należy brać pod uwagę i cała masa czynników, których się nie bierze pod uwagę, a mają swój wpływ. Co nie zmienia faktu, że taki natłok badań wykazujących antynowotworowe działania kawy dobitnie to udowadnia, choć wyniki mogą się różnić w szczegółach. Jednoznaczne są również wyniki badań laboratoryjnych.

Nie mogę pominąć jeszcze jednej kwestii odnośnie kawy – jej potencjalnie teratogennego wpływu. Nie wykazano, aby miała ona szkodliwe działania dla płodu u ludzi, ale z całą pewnością wzmacnia szkodliwe działanie innych teratogenów (oczywiście absolutnie zabronionych w ciąży, czyli tytoń i alkohol). Podejrzewa się ją o szkodliwe długofalowe działanie (na rozwój mózgu, sen, umiejętność uczenia się, lękliwość oraz emocjonalność). Wykazuje takie negatywne działanie przynajmniej u szczurów. Dlatego, chociaż wydaje się, że małe ilości kofeiny spożywane w czasie ciąży raczej nie powinny mieś szkodliwego wpływu na płód, lepiej dmuchać na zimne i odstawić kawę w ogóle. Albo przestawić się na bezkofeinową – nie ma danych, aby miała działanie teratogenne.
Tak to już jest ze wszystkim na świecie – co nam pomaga, może nam i zaszkodzić.

Kiedy chodziłam do szkoły, modne były dowcipy w stylu: co to jest homo sapiens? Człowiek zmęczony.
Zachowując tę konwencję zakończę cytatem z łaciny: Cave canem, czyli strzeż się mówić źle o kawie :)

ps. przez cały czas pisania tego postu w głowie grała mi piosenka "Józef K." Republiki. Toteż dam do niej linka :)

wtorek, 29 maja 2012

Włos się jeży, czyli czy frytki to warzywo


Czasami, podczas karmienia młodszej włączam sobie telewizor – nie ma co ukrywać, trochę z nudów, a trochę, aby nie zasnąć (oczywiście, że naturalne karmienie dziecka jest pięknym przeżyciem i wzruszającym, ale ile godzin dziennie można się wzruszać? Czasami  mam dość). Na ogół oglądam programy kulinarne. Wczoraj, kiedy taki włączyłam, natrafiłam na program Jamiego Olivera. Lubię go za to, że stara się jak może, propagować zdrową, naturalną żywność, więc kiedy natrafiam na jego programy, to oglądam.  Ten, na który natrafiłam ostatnio, okazał się być lepszy niż najlepszy dramat, bo podczas oglądania go odczułam całą gamę emocji: od ciepłych wzruszeń, poprzez głębokie przerażenie, do wściekłości. A oto, o co się rozchodziło:

Jamie był w Stanach, gdzie starał się wprowadzać zmiany do sposobu karmienia uczniów w szkołach. Wydawać by się mogło, że wszyscy powinni się ucieszyć: przyjeżdża facet, poświęca nam czas, podaje gotowe rozwiązania na tacy, żeby nasze dzieci były zdrowsze. Otóż  nie. Przez cały czas trwania programu huczały mi w głowie słowa z dramatu „Choroba młodości” Ferdinanda Brucknera: „Co za głupota poświęcać swoje życie dla innych. Nawet, jeśli faktycznie możemy im pomóc, oni i tak woleliby zostać sami”.

Niestety, jest  to prawda, o której na własne skórze po wielokroć się przekonałam.

Dzieci w tej szkole, w której „toczyła się akcja”, czyli prawdopodobnie wszystkie dzieci w Stanach, dostawały na śniadanie pizzę. Na lunch smażone kawałki czegoś kurczakopodobnego i ziemniaki z proszku, czy też granulek albo frytki. Do tego smakowe mleko – owocowe bądź czekoladowe. Dostawały też do lunchu jakiś owoc, który - z reguły nienaruszony, bądź nadgryziony - lądował w koszu. Tym dzieciom dzień w dzień podawano śmieciowe jedzenie, przygotowywane z wysoce przetworzonej żywności. Kucharki uważały, że wszystko jest w porządku, bo np. głównym składnikiem takich nugetsów jest mięso – a to, że jest to MOM, oraz , że oprócz tego zawierają mnóstwo chemii, to już nieistotne. Ziemniaki z proszku jako główny składnik mają ziemniaki, więc też są w porządku – a to, że przetworzone milion razy, oraz – znowu z dodatkiem konserwantów i emulgatorów, o to mniejsza. To, że takie smakowe mleko zawiera więcej cukru niż najbardziej obrzydliwy słodki gazowany napój też nie jest ważne – w końcu zawiera mleko. Takie ziemniaki, bądź frytki są w Stanach uważane za warzywo. Jeśli dzieci dostają coś takiego na obiad, to znaczy, że dostały warzywa. 


Przerażeni? Jeśli nadal nie, to jeszcze dołożę.
Kiedy Jamie przygotował (pomimo oburzonych, obrażonych i wściekłych kucharek, które uważały, że robi niepotrzebne zamieszanie) zdrowy lunch, dzieci nie chciały go jeść. Nadmienię, że – chociaż tego nie próbowałam, to sądząc po składzie było więcej niż pyszne. Zabawnie wyglądało, kiedy sześciolatka, przepraszam za brutalne wyrażenie, ale szersza niż fotel, podeszła do kubła i chyba po raz pierwszy w życiu wyrzuciła prawie cały, niezjedzony lunch. Zabawnie znaczy w tym zdaniu – przerażająco.
To jeszcze nie wszystko – kiedy Jamie, próbując zachęcać dzieci do zdrowego żywienia, chciał z nimi porozmawiać o warzywach, okazało się, że ich w ogóle nie znają. Żaden z sześciolatków nie był w stanie nazwać nie tylko bakłażana czy papryki (co moja dwuletnia córka robi bezbłędnie), ale nawet pomidora czy ziemniaka. Nie wiedziały też, że to z ziemniaków robi się ich ukochane frytki.
Powiedzcie mi, co one w takim razie dostają w domu? Warzywa, których na oczy nie widziały?

Było jeszcze więcej takich przerażających rzeczy, nie będę opisywać wszystkiego, ale zapewniam, że włos mi się jeżył na głowie.

Nie ma wątpliwości, że to, co on im przygotowywał do jedzenia było nieporównywalnie smaczniejsze niż te ich zwykłe Fast foody. I to niezależnie od tego, jaki smak kto lubi. Po prostu te dzieci były przyzwyczajone do śmieciowego jedzenia i się od niego uzależniły. Gdyby przez trzy miesiąc jadły dzień w dzień wyłącznie zdrową żywność, to potem im by tamte złe rzeczy przestały smakować i nauczyłyby się doceniać bogactwo i różnorodność smaków prawdziwego jedzenia. Ale najpierw ich mózg musi się „oduzależnić” od tamtej trucizny. 


Nie rozumiem, jak takie rzeczy mogą się dziać. Karmienie dzieci takim jedzeniem z półproduktów, smażonym i opływającym cukrem bądź słodzikami, to prawie gwarantowane zapewnienie im otyłości, cukrzycy i raka. To nie są bzdury wyssane z palca, albo jakieś nawiedzone gadanie, tylko fakt. 


Jamie zaprowadził jedną rodzinę, jedzącą w taki typowy amerykański sposób, do lekarza i poprosił i ocenę ich stanu zdrowia. Lekarz powiedział matce wprost, że jej najstarszy syn znajduje się na progu zachorowania na cukrzycę, że jeśli nie zmieni trybu życia, przede wszystkim diety, to na nią zachoruje. A cukrzyca może oznaczać również ślepotę, impotencję, a przede wszystkim wcześniejszą śmierć. Powiedział, że jeśli chłopak będzie żyć tak, jak dotychczas, to prawdopodobnie umrze około trzydziestki.
Matka się popłakała, obiecała wprowadzić zmiany, a Jamie zaserwował chłopakowi kurs gotowania. 

Kilka osób mówi mi, że przesadzam, że nie chcę dawać mojemu dziecku gotowych rzeczy słodzonych. Że robię z igły widły i powinnam „wyluzować”. 

NIE!!!!

Jestem „wyluzowana”, ale nie będę szkodzić własnym dzieciom. Starsza od czasu do czasu dostaje kawałek czekolady – ciemnej, gorzkiej, zawierającej co najmniej 70% miazgi kakaowej. Kiedy jest „w gościach” pozwalam jej zjeść jakieś tam ciastka czy biszkopty. Ale nie będę jej dzień w dzień podawać: gotowych kaszek, zawierających cukier, smakowych jogurtów, zawierających cukier, bo zdrowe kości czy odporność zapewnia się INACZEJ. Nie będzie codziennie dostawać ciasteczek, choćby zawierały wyłącznie mąkę i wodę, i tylko odrobinę cukru. Nie będzie piła dosładzanych soków. NIE.
Jestem za nią odpowiedzialna i wiem, że i tak popełnię mnóstwo błędów, za które ona będzie płacić w przyszłości – to już tak jest, nie ma inaczej. Ale nie będę popełniać na niej zbrodni, jaką jest uzależnienie jej od cukru. Ja wiem, jak bardzo jest to groźne i jak koszmarne są tego konsekwencje. Znam wyniki dziesiątek badań na ten temat. Wiem jak wygląda życie cukrzyka i wiem, jak wygląda życie chorego na raka. Nie przyczynię się do tego, aby jej życie tak wyglądało. Przynajmniej nie świadomie. 

Zwłaszcza, że to nie jest konieczne. Powiedzcie mi, bo naprawdę tego nie rozumiem, po co kupować dziecku ciastko, kiedy można mu kupić jakiś pyszny owoc? Po co dawać mu słodki jogurt, kiedy może dostać naturalny, do którego możemy dodać  owoc i inne pyszne dodatki? Zajmie nam to jakieś 5 minut czasu więcej…

Rozumiem, że to, że ludzie tak beztrosko dają dzieciom te różne gotowe, dosładzane produkty wynika z tego, że nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Ja sobie zdaję z tego sprawę, bo „siedzę w tym” od lat. Dlatego, gdzie mogę i jak mogę, apeluję o zmianę stylu życia na zdrowszy, zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą dzieci. 

Naprawdę nie jestem nawiedzoną wariatką. Nie chcę odbierać dzieciom różnych przyjemności dzieciństwa. Kiedy jest się dzieckiem wspaniale jest czasami objeść się słodyczami tak, że aż brzuszek rozboli. Moim dzieciom nie zabiorę tego. Ale co innego danie im takiej okazji raz, bądź dwa razy do roku, od jakiegoś dużego święta, a co innego dawanie im cukru bądź słodzików codziennie. To drugie jest naprawdę śmiertelnie groźne. 

A dziecku jest tak naprawdę obojętne, czy może całe wymorusać się jedzonym mango, czy mleczną czekoladą. 

Większość produktów dla dzieci niestety zawiera cukier i inne substancja słodzące. Np. taki jogurcik dla dzieci, szeroko reklamowany jako bardzo zdrowy i niemalże konieczny do prawidłowego ich rozwoju, zawiera prawie 13 gram cukru w każdych 100 gramach. Oprócz tego zawiera jeszcze bardziej szkodliwy syrop glukozowo-fruktozowy.
Producenci nie zawsze opisują cukier dodawany do ich produktów jako cukier. Chowają cukier pod takimi nazwami jak: maltoza, sacharoza, glukoza, karmel, a słodziki to między innymi: aspartam (najbardziej szkodliwy ze wszystkiego, unikajmy go jak ognia), sukraloza, sorbitol. 

A produkty smażone i frytki to temat na całą pracę doktorską. W skrócie – na ogół są rakotwórcze. Jeśli przygotujemy sobie frytki w domu, sami, z gotowych ziemniaków, w piekarniku, to wszystko w porządku i wtedy naprawdę mogą robić za warzywo. Ale jeśli kupujemy frytki na mieście, to jeśli one nie zawierają rakotwórczego akrylamidu (który powstaje podczas poddawania produktów skrobiowych obróbce termicznej w wysokiej temperaturze) to ja jestem cesarz chiński. 

Wracając jeszcze do Brucknera – owszem, to głupota poświęcać życie dla innych. Ale głupota jest nieuleczalna i nic nie poradzę, że na nią cierpię. Dla mnie to stanowi o sensie życia (nie głupota, tylko służba innym :)). Dlatego nie będę zwracać uwagi na niechęć i obraźliwe słowa, nadal będę walczyć o zdrowie dla innych. Czemu? Dlaczego mi tak na tym zależy? Nie wiem. Ale tak już jest. 

Zmiana naszego stylu życia na zdrowszy naprawdę nie jest trudna. Powoli, małymi kroczkami możemy dojść do tego, że nasze menu będzie przeciwnowotworowe. Oczywiście polecam mój kurs :)

Będzie dobrze, zawsze jest dobra chwila na to, aby zacząć rakowi odbierać punkty i dodawać je swojemu zdrowiu.